Przede wszystkim zobaczyłam, że świat beze mnie się nie zawalił – wywiad z Pauliną

Ale ja nie byłam świadoma, że warto słuchać swoich potrzeb. Że w ogóle istnieje potrzeba odpoczynku i jej zaspokojenie jest tak samo ważne jak sen czy jedzenie… – opowiada Paulina. Przeczytaj cały wywiad i zobacz, jak z osoby ciągle dokładającej sobie obowiązków i wymagającej od siebie więcej i więcej stała się świadomą swoich potrzeb kobietą, która potrafi postawić siebie na pierwszym miejscu.

Ciągłe dokładanie sobie obowiązków i perfekcjonizm

Klaudia Jaroszewska-Kotradii: Napisałaś do mnie, że gdy tylko w Twoim życiu robiło się lżej – dokładałaś sobie obowiązków. Zastanawiałaś się kiedyś, z czego to może wynikać?

Paulina Hałas: To wynikało z przekonania, że mogę zrobić jeszcze więcej, z dużych ambicji, z perfekcjonizmu i z braku świadomości, że odpoczynek jest ważny i potrzebny. Wreszcie – z niskiego poczucia własnej wartości.

Ważnym elementem był też brak samoświadomości odnośnie do potrzeb i ograniczeń. Od pierwszych lat życia byłam przyzwyczajona do ciągłego przeciążenia i przemęczenia. To dokładanie obowiązków najlepiej pamiętam z okresu, kiedy moje dzieci były małe. Z czasem stawały się bardziej samodzielne, nie wymagały już ciągłego noszenia na rękach… wtedy na przykład zrezygnowałam z używania jednorazowych pieluch i przerzuciłam się na wielorazówki. Co wieczór je prałam i rozwieszałam – zamiast dać sobie chwilę oddechu lub po prostu iść spać. Dbanie o środowisko było dla mnie ważniejsze niż mój sen…

Znam to doskonale. A powiedz, czy ktoś „wymuszał” na Tobie perfekcjonizm? Słyszałaś komentarze, że nie jesteś wystarczająco dobra? Czy gdy byłaś mała, Twoi bliscy odpoczywali, czy raczej widziałaś na przykład swoją mamę ciągle zajętą?

Moja mama była i jest osobą bardzo energiczną. Myślę, że perfekcjonizm mam po niej – zawsze przykładała ogromną wagę do tego, by wszystko zrobić jak najlepiej. Pracowała zawodowo i jednocześnie bardzo dbała o dom. Wieczorami przygotowywała obiady na kolejny dzień, wszystko zawsze było wysprzątane, uprane, uprasowane.

Ja i brat mieliśmy swoje domowe obowiązki. Kojarzę je z dużym napięciem, szczególnie przygotowania do rodzinnych przyjęć urodzinowych czy świąt. Rodzice chyba nigdy nie wyrazili wprost żadnych oczekiwań, jednak częsta krytyka wykonanych przeze mnie obowiązków wpajała mi przekonanie, że poprzeczka jest wysoko i trzeba się bardzo mocno wysilić, żeby do niej doskoczyć.

Jako rodzina prowadziliśmy dość aktywne życie. Rodzice zabierali nas na wycieczki, spotkania ze znajomymi, rodzinne imprezy, różne wydarzenia czy wakacje. Lubiłam to, ale jednocześnie byłam przytłoczona ilością wrażeń. Kiedy spałam w ciągu dnia, czasem słyszałam (prawdopodobnie żartobliwe) komentarze „A ta zaś śpi”. Mój tata też nieraz spał w ciągu dnia, ale on był usprawiedliwiony trzyzmianową pracą.

Widok odpoczywającej mamy? Tak – na wakacjach… Czasem oglądała jakiś serial, ale dla mnie to nigdy nie wyglądało jak relaks.

Tata chyba odpoczywał tylko wtedy, kiedy miał wszystkiego dość (czytaj: był wkurzony). Zakładał słuchawki, włączał głośno muzykę i prosił, by mu nie przeszkadzać. Ale to było bardziej odłączanie się niż odpoczywanie.

Kiedy moje dzieci były małe i brakowało mi fizycznie możliwości, by wszystko ogarnąć, złapałam się na tym, że mam w głowie takie myśli: „Bo jak to będzie wyglądało?” (w kategorię „to” mogłam włożyć wszystko, między innymi swoje zachowanie, ale w tym kontekście chodziło głównie o bałagan). „Najpierw obowiązki, a później przyjemności”. Tylko że w pewnym momencie nieosiągalną przyjemnością stało się zjedzenie jeszcze ciepłego obiadu, wypicie ciepłej kawy lub wzięcie nieprzerwanego niemowlęcym płaczem prysznica.

→ Przeczytaj także: Czy musimy odpoczywać tylko po to, by lepiej zadbać o innych? Przemyślenia & 50+ sposobów na odpoczynek

Zanim pojawiły się dzieci…

Nic dziwnego, że mając takie wzorce, sama zaczęłaś dokładać sobie pracy, zamiast pozwolić sobie na odpoczynek. Czy zanim pojawiły się dzieci, też tyle od siebie wymagałaś?

Myślę, że te wzorce są charakterystyczne dla pokolenia moich rodziców. Podobno my, millenialsi, zmieniamy ich filozofię życia – te schematy, w jakich żyli i według których nas wychowywali, porzucamy, by przekazać naszym dzieciom inny sposób myślenia, inne postrzeganie siebie oraz inne priorytety.

Od zawsze wymagałam od siebie zbyt wiele. Jako dziecko byłam często stawiana w sytuacjach niekomfortowych, jak na przykład przebywanie w dużej grupie osób. To zawsze było dla mnie trudne i przeciążające. A jestem dzieckiem żłobkowym…

Kiedy cały czas ktoś wymaga od Ciebie czegoś ponad Twoje siły, wtedy to wymaganie staje się normą. I zaczynasz robić to sobie samej.

Pamiętam, jak w szkole średniej przygotowywałam się do matury. Nie potrafiłam odpuścić. Nie robiłam sobie żadnych dni przerwy od nauki. Pomimo tego, że materiał z chemii miałam świetnie opanowany, a maturę rozszerzoną zdawałam w zasadzie dla siebie (nie była wymagana na wybranym przeze mnie kierunku studiów), to regularnie chodziłam na indywidualne konsultacje. Moja nauczycielka, gdy popełniałam jakiś prosty błąd, wciąż powtarzała, że jestem przemęczona.

Ale ja nie byłam świadoma, że warto słuchać swoich potrzeb. Że w ogóle istnieje potrzeba odpoczynku i jej zaspokojenie jest tak samo ważne jak sen czy jedzenie.

I chyba zawsze widziałam przede wszystkim to, co jeszcze jest do zrobienia, ulepszenia, poprawienia – wokół mnie i we mnie. Rzadko doceniałam to, co już jest zrobione czy osiągnięte.

Gdy pozwolisz sobie na odpoczynek…

Kiedy poczułaś, że to już idzie za daleko i masz tego dość? Czy był jakiś przełomowy moment?

Pamiętam moment, w którym złapałam się na tym, że jednego dnia znoszę więcej, a innego wybucham z błahych powodów. Nie chciałam w ten sposób krzywdzić swoich dzieci. I dopiero wtedy, mając prawie 30 lat, zrozumiałam, że ciągłe zaniedbywanie snu, jedzenia czy nawet odkładanie na później pójścia do toalety, skutkuje tym, że jestem sfrustrowaną i nerwową mamą. A ja potrafiłam w nieskończoność umęczać samą siebie, byle tylko ogarnąć jak najwięcej.

Jednak takie zmiany nawyków to proces, szczególnie dlatego, że zazwyczaj nie czuję głodu czy pragnienia. Muszę po prostu o tych potrzebach pamiętać. Taki sam problem mają moje dzieci z powodu zaburzonego czucia głębokiego. Więc sygnałem, że trzeba coś zjeść czy napić się wody, bywa rozdrażnienie. I częściej pamiętam o ich posiłkach niż o swoich…

Pewnego razu żaliłam się przyjaciółce, że mam dość, bo wciąż „zapie*dalam”. A ona na to: „To nie zapie*dalaj”. Najlepsze jest to, że tak naprawdę wcale nie musiałam. Po prostu nikt wcześniej nie dał mi takiego przyzwolenia. Nikt nie powiedział „odpuść”, „odpocznij”. A ja czułam się tak, jakbym żyła w reality show, w którym inni mnie obserwują i oceniają…

Wtedy pozwoliłam sobie na to, żeby jeden dzień w miesiącu, ten najtrudniejszy (zazwyczaj pierwszy lub drugi dzień cyklu miesiączkowego), przeleżeć z książką lub przespać. I dzięki temu, że sobie odpuszczałam i odpoczywałam, okazało się, że podczas okresu wcale nie muszę być chodzącą frustracją i wredną czarownicą.

Wpływ odpoczynku na codzienne życie

A jak ten jeden dzień odpoczynku wpłynął na resztę życia? Czy w inne dni także pozwoliłaś sobie na odpuszczanie, czy może jednak potem znów się dociskałaś?

Przede wszystkim zobaczyłam, że świat beze mnie się nie zawalił. Że w codzienności jest naprawdę sporo spraw, które można odłożyć na jutro, zrobić na siedemdziesiąt zamiast na sto procent lub zlecić dzieciom. Doświadczyłam też wtedy ze strony męża ogromu troski i zrozumienia, którego sama nie potrafiłam sobie dać.

Oczywiście po takim dniu odpoczynku miałam dużo więcej energii – i fizycznej, i psychicznej. To był też moment, w którym odkryłam jak ogromny wpływ na psychikę ma odpuszczanie samej sobie. Ale nie obyło się bez walki w mojej głowie: mądrość w dbaniu o siebie walczyła z wewnętrznym krytykiem, który robił mi wyrzuty, że przecież nie mogę się tak lenić!

Przez kilka miesięcy praktykowałam takie „wolne dni”. Dzięki nim po pewnym czasie doświadczyłam tego, że okres można przeżyć bez bólu, a nawet bez dyskomfortu – im byłam ogólnie bardziej wypoczęta i zadbana, tym mniej było we mnie napięcia nerwowego i tym samym odczuwałam mniej dolegliwości związanych z menstruacją.

To był jeden z kluczowych momentów mojego procesu zdrowienia z depresji. I, co najważniejsze, dałam swoim dzieciom przykład, że odpoczynek jest konieczny. Ostatecznie to zawsze one – i świadomość tego, że uczą się przez obserwację moich zachowań – motywują mnie do bycia dobrą dla siebie.

Nadal zauważam u siebie tendencję do dokładania sobie nowych obowiązków, wyznaczania kolejnych celów, często ponad siły. Jednak chwile odpoczynku, które sobie daję, drzemki w ciągu dnia, gdy jestem przeciążona, czy unikanie niekomfortowych sytuacji (na przykład szkolnych wydarzeń, w których uczestnictwo rodziców nie jest obowiązkowe) sprawiają, że ogólnie jestem mniej zmęczona. I już potrafię te chwile odpoczynku dawać sobie bez wyrzutów sumienia.

Dbanie o fundamenty: sen, ruch, odżywianie

Okazuje się, że odpoczynek naprawdę pomaga i warto o niego zadbać. A jak wygląda u Ciebie dbanie o inne fundamenty: sen, ruch, odżywianie? Wiem, że mamy często jedzą byle co, dojadają ciągle resztki po dzieciach… Jak to wygląda u Ciebie?

Ha, ha… kiedyś dojadanie, swoją drogą bardzo zdrowego jedzenia, po dzieciach ratowało mój jadłospis, który byłby bez tego bardzo ubogi. Przy czworgu małych dzieci wspólny posiłek przy stole – kilka razy dziennie – to ogromne wyzwanie, na dodatek zupełnie niezwiązane z nakarmieniem samej siebie…

Sen: zarywam wieczory, bo to cenny czas sam na sam z mężem lub chwila zupełnej ciszy i skupienia. Ale staram się odsypiać je w ciągu dnia. To jest dla mnie podstawą – wysypianie się. Nie żałuję sobie drzemek, gdy czuję, że muszę się zregenerować.

Ruch: nie mam stałej, zaplanowanej aktywności fizycznej, ale mam silną potrzebę ruchu, więc – słuchając ciała – ćwiczę to, na co mam w danej chwili ochotę. Zazwyczaj są to ćwiczenia siłowe, czasem rozciąganie. Uwielbiam chodzić po górach, a gdy pogoda sprzyja – jeżdżę na rowerze lub rolkach (szczególnie, gdy namówią mnie na to dzieci). Ale najczęściej chodzę po schodach w domu: do piwnicy włączyć pralkę, po kanapki lub wodę z piętra na parter do kuchni, na półpiętro sprawdzić co robią dzieci i tak dalej.

Dieta: teoretycznie jem bardzo zdrowo. Z wykształcenia i mentalnie jestem dietetykiem. Bardzo lubię zdrowe jedzenie. Gotujemy z mężem zdrowe obiady, unikamy półproduktów i gotowców. Ale, tak jak troje moich dzieci, mam nietolerancje i alergie pokarmowe i niestety czasem zjem coś, co mi szkodzi. Przez to kolejnego lub jeszcze tego samego dnia źle się czuję. To coś, czym sama sobie szkodzę, coś nad czym chcę popracować, bo wiem, ile energii tracę, gdy cierpię z powodu dyskomfortu czy bólu.

→ Przeczytaj także: Planowanie z dzieckiem w spektrum autyzmu – nasze sposoby na łatwiejszą codzienność

Dbanie o siebie na co dzień

Widzę, że starasz się znaleźć w tym wszystkim jakiś balans i robić to, co możesz, żeby poczuć się lepiej. Co jeszcze robisz, by zadbać o siebie w codzienności, która nie jest u Ciebie łatwa?

Przede wszystkim przestałam słuchać wewnętrznego krytyka, który podpowiadał mi, że „nie wypada”, „to jest nienormalne”, „tak się nie robi”, „powinno się” i tym podobne.

W drodze do dbania o siebie moim kamieniem milowym było zrozumienie własnych potrzeb i ograniczeń, dopuszczenie ich istnienia do mojej świadomości. Pomogło mi w tym uświadomienie sobie, że być może jestem w spektrum autyzmu. I, moim zdaniem to niczego nie zmienia w funkcjonowaniu wśród ludzi, ale dla bycia dobrą i wyrozumiałą dla siebie – zmieniło wszystko. Bo pozwoliłam sobie na akceptację wyjątkowych potrzeb sensorycznych. I choć jestem ich świadoma i kieruję się nimi od dawna, na przykład ograniczam wystawianie się na działanie przytłaczających dźwięków, nie używam silnie pachnących proszków do prania i kosmetyków, noszę tylko wygodne i niegryzące ubrania, nie wychodzę na spacery, gdy wiem, że ostre słońce czy zimny wiatr lub niska temperatura mnie przebodźcują i braknie mi sił na resztę dnia, unikam tłumów i tak dalej, to jednak zaakceptowanie siebie zdjęło ze mnie presję dociskania się, kiedy teoretycznie powinnam mieć siłę i czas, a tak naprawdę wcale ich nie mam, bo na przykład spędziłam czas w zatłoczonym miejscu i potrzebuję poleżeć w ciszy lub się zdrzemnąć.

Co równie ważne – planuję nasze życie rodzinne (między innymi przyjęcia urodzinowe i spotkania towarzyskie), uwzględniając nasze zasoby, na przykład naszą społeczną pojemność.

A ostatnio, idąc za Twoimi radami, wybieram rzadsze sięganie po telefon i wieczorne bycie offline.

Odrzucam też to, co w moim odczuciu mi nie służy, a jedynie pochłania moją energię. Na przykład nie angażuję się emocjonalnie w problemy innych osób (jeszcze nikomu tym nie pomogłam, a jedynie pogrążałam samą siebie, żyjąc cudzymi problemami). Wybieram relacje, w których nie muszę walczyć o uwagę i w których czuję się ważna. Przestałam też porównywać się z innymi, a zamiast tego doceniać to, co mnie samej udaje się wypracować w moim życiu. Nie staram się spełniać cudzych oczekiwań, ale staram się słuchać swojego ciała i swoich potrzeb. Nie szukam akceptacji w innych ludziach – daję ją sobie sama i sama opiekuję się własnymi emocjami. I choć może się to kojarzyć z egoizmem, a nawet egocentryzmem, to na pierwszym miejscu wśród relacji stawiam relację ze sobą. Widzę ogromną różnicę we własnym funkcjonowaniu w porównaniu z okresem, kiedy własne potrzeby stawiałam na ostatnim miejscu – ignorowanie siebie doprowadziło mnie do ciężkiej depresji i najczarniejszych myśli.

Dziś, choć nadal mam wiele do przepracowania, jestem szczęśliwa. Dobrze się czuję sama ze sobą. I wiem, że tylko w tym stanie, dając własny przykład, mogę „nauczyć” swoje dzieci, jak być szczęśliwymi. A ostatecznie – chyba się ze mną zgodzisz – żyjemy właśnie po to, byśmy byli szczęśliwi i to szczęście mnożyli, dzieląc się nim z innymi.

→ Przeczytaj także: Jak uczyć się na własnych błędach? 12 lekcji, które dostałam od życia w trzecim kwartale 2025 roku (niektóre wielokrotnie!)

Zmierz się ze swoimi przekonaniami

Rozumiem Cię. Sama przestałam czytać wiadomości, bo tylko się denerwowałam, martwiłam i bałam, a nikomu to realnie nie pomagało. Wolę skupić się na swojej rodzinie i cieszeniu się życiem pomimo zła, które gdzieś tam się dzieje. Chciałabym Cię na koniec zapytać, jaka jest jedna najważniejsza lekcja, którą chciałabyś się podzielić.

To lekcja o reflektowaniu nad własnymi przekonaniami. Bo to od nich zależy to, jak postrzegamy siebie, a także wiele naszych codziennych decyzji.

Przypomina mi się jedna z wielu moich rozmów z moją ulubioną pisarką – Scarlett Peacock – młodą i wrażliwą, a przy tym niesamowicie przenikliwą i dojrzałą osobą. W swoich powieściach porusza wiele kwestii natury psychologiczno-socjologicznej w niecodzienny sposób. Pisząc odważne książki ze scenami 18+, pod warstwą humoru, pozornej lekkości, ale i nasyconych emocjami i angażujących historii, dotyka między innymi tego, jak postrzegamy siebie jako kobiety i skąd się to w nas bierze. Scarlett zwróciła moją uwagę na coś, co wcześniej było we mnie bardzo silnie zakorzenione, ale nie do końca uświadomione – że my, Polki, często jesteśmy mesjaszami własnych domów i wiecznymi cierpiętnicami. I ja się z tym zgadzam, że wiele z nas ma wpojoną taką postawę. Jakby nasze umęczenie i cierpienie mogło przysporzyć szczęścia naszym bliskim. A to totalna bzdura.

To bardzo szkodliwe przekonanie, które warto sobie uświadomić, jeśli jest w nas zakorzenione. I wbrew niemu pozwolić sobie na to, by być dla siebie po prostu dobrą. Zgodnie z tym, co śpiewa Ed Sheeran w refrenie utworu Save Myself: „Before I save someone else, I’ve got to save myself”, uważam, że na pierwszym miejscu muszę być ja, a raz po mnie, ale na drugim miejscu, moja rodzina. Najpierw muszę uratować siebie, by móc ratować swoich najbliższych. A dopiero wtedy, jeśli będę i na to mieć zasoby, mogę ratować świat, na przykład angażując się w pomoc innym. Bo jeśli będziemy najpierw ratować świat ponad swoje siły, możemy nie zauważyć, że gdzieś po drodze zginął nasz świat, a z nim – świat naszych dzieci i męża. Bo to my dla nich jesteśmy całym światem. A świat… nie potrzebuje zgorzkniałych i smutnych siłaczek. Nie zbawimy go unicestwiając same siebie.

Mówię to z perspektywy osoby, która była na skraju, bo siebie nie kochała.

Szczęśliwie w swoim procesie zmiany szkodliwych przekonań na te, które są dla mnie wspierające i budujące, trafiłam na słowa, które stały się moim mottem: „Miłość do siebie nie da Ci motyli w brzuchu, ale da Ci skrzydła”. Razem z nim chciałabym zostawić Twoim czytelniczkom także znane słowa z książki Zabić drozda Harper Lee. Choć odnoszą się do moralności, to śmiało można je odnieść także do relacji ze sobą i światem: „Ale ja, zanim będę mógł żyć w zgodzie z innymi ludźmi, przede wszystkim muszę żyć w zgodzie z sobą samym”.

Myślę, że po tych słowach naprawdę nie trzeba już niczego dodawać. Dziękuję Ci, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać i opowiedziałaś swoją historię. Mam głęboką nadzieję, że pomoże wielu naszym czytelniczkom.

Ja również mam taką nadzieję! Dziękuję Ci za zaproszenie do tej rozmowy.

Paulina Hałas

Mama czwórki wspaniałych, choć wymagających dzieci (7–13 lat), żona kochającego męża, z wykształcenia dietetyk kliniczny i korektorka tekstu in spe. Amatorsko śpiewa jako solistka i chórzystka, a dystansu nabiera dzięki słuchaniu audiobooków i górskim wycieczkom. Przez ostatnie 13 lat pracowała w domu – opiekując i kształtując Małych Ludzi, w tym celu dokształcając siebie z fizjoterapii niemowląt, rodzicielstwa bliskości, spektrum autyzmu i terapii SI [integracji sensorycznej, przyp. red.] oraz innych dziedzin związanych z rozwojem dzieci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *